wtorek, 27 stycznia 2015

Werona w jedno popołudnie

Arena di Verona
Pomimo, że w Weronie spędziłam tylko jedno popołudnie i trochę wieczoru, i nie "zaliczyłam" niezbędnika zabytków,  udało mi się poczuć niezwykłą atmosferę tego miejsca. Stare Miasto Werony ma klimat małego, włoskiego miasteczka. Pełno tam placów i placyków, wąskich ulic i uroczych kamienic. Okazało się, że nie trzeba mieć nawet konkretnego planu zwiedzania, wystarczy szwędać się w którąkolwiek stronę i wszędzie trafi się coś fajnego. Ciekawy budynek, śliczna uliczka, arbuzowe lody czy klimatyczna kawiarnia. Wszystko czego tak naprawdę oczekuję od włoskiego miasta.


Balkon Julii
Zwiedzanie zaczęłam niedaleko Piazza Brá i oczywiście zaczęłam od lodów. Pycha! Plac jest olbrzymi.  Przypomina bardziej szeroki pasaż. To właśnie tam znajduje się najbardziej charakterystyczna budowla miasta - Arena di Verona. Arena zbudowana była w I w.n.e. i podobnie jak Koloseum była oryginalnie rzymskim amfiteatrem. Obecnie jest najlepiej zachowaną budowlą tego rodzaju i nadal sprawuje swoją funkcję. Jest czynnym teatrem, operą i areną koncertową. 

Piazza Bra


Zaledwie parę kroków od tego starożytnego kolosa zaczyna się kontrastujący ciąg pasaży handlowych, gdzie oczywiście królują ekskluzywne butiki włoskich projektantów mody. Trochę jak via Condotti w Rzymie. Podobało mi się to, że nawet na takiej ulicy tradycyjne, włoskie akcenty są na wysięgnięcie ręki. Wystarczy podnieść wzrok ponad sklepy.

Remus i Romulus tuż nad sklepową wystawą.
Trzymając się drogowskazów trafiłam w końcu na via Capello, gdzie znajduje się Casa di Giulietta, czyli legendarny dom Julii. Niestety ciężko tam było o jakąkolwiek atmosferę, ponieważ ilość turystów była zastraszająca. Ludzie z aparatami wypełnili dokładnie każdy centymetr tego małego dziedzińca i ciężko było się czemukolwiek przyjrzeć, ponieważ wystawione w górę tablety zasłaniały oczy. Udało mi się zająć całkiem niezłą miejscówkę zaraz przy bramie na schodkach. Zrobienie zdjęcia balkonu bez jakiejś przypadkowej Julii też graniczy z cudem. Trzeba być cierpliwym i szybkim jak błyskawica, żeby uchwycić ten ułamek sekundy między jedną a drugą. Na dziedzińcu znajduje się też posąg Julii, który ponoć przynosi szczęście w miłości jeśli złapiemy Julię za pierś. Na złapanie jest tylu chętnych,  takie są tam przepychanki, że dziwię się, że posąg jeszcze stoi.

Casa di Giullieta


Odetchnęłam z ulgą kiedy znalazłam się znowu na ulicy... 

Tuż przy domu Julii znajduje się śliczny plac Piazza delle Erbe. To miejsce podobało mi się w Weronie najbardziej. Plac otoczony jest pięknymi kamienicami, które zdobią udekorowane balkony i okna. Jest gwarny i tętni życiem. Pełno tu lodziarni, kawiarni i pizzerii oraz straganów targowych, gdzie kupić można prawie wszystko, od Pinokio po makaron.

Piazza delle Erbe


Targowisko na Piazza delle Erbe

Piekne kamienice z Piazza delle Erbe:





Na placu znajduje się najbardziej charakterystyczna fontanna Werony - Madonna di Verona.

Madonna di Verona
Po drugiej stronie placu, wśród wąskich ulic znalazłam w końcu kawiarnię, którą poleciła mi pewna Włoszka. Caffetteria Borsari serwuje i sprzedaje przepyszna kawę i wygląda trochę jak kuchnia z bajki. Polecam!

Caffetteria Borsari

Po tym długim spacerze przyszedł czas na obiad. Dwa główne przysmaki Werony to konina i gnocchi. Konika, pomimo, że wszyscy mówią, że jest przepyszny, zjeść bym nie dała rady, więc postawiłam na gnocchi. Trafiony wybór. Były super.



Po napełnieniu brzucha, kontynuowałam zwiedzanie wąskimi uliczkami, aż dotarłam do rzeki, gdzie zniknął gwar miasta i przyjemnie było trochę odpocząć podziwiając jednocześnie widok na jedno ze wzgórz, które otaczają Weronę. 



Castel San Pietro
Wieczorem wróciłam na Piazza Brá,  który tętnił życiem jeszcze bardziej niż za dnia. W Arenie rozpoczynała się właśnie jakaś opera. Rozłożono więc czerwone dywany i wystrojeni od stóp do głów goście zjawiali się jedni po drugich. Po drugiej stronie placu znowu kontrast. Z szeregu restauracji dochodziło pokrzykiwanie kibiców, oglądających na telebimach ćwierćfinał Mistrzostw Europy w piłce nożnej. 

W nocy, na pożegnanie z Weroną skusiłam się na kolejne lody. W końcu był upał i skoro lodziarnie były otwarte do pierwszej w nocy, to widocznie to nie grzech.


Następnego dnia pożegnałam Weronę i ruszyłam na północ do Riva del Garda.


Fasola

5 komentarzy:

  1. Cudowna wycieczka :) Ja w Weronie spędziłam tydzień dwa lata temu... Ależ mi się podobało!
    Byłam też na grobie Julii - tam zdecydowanie mniej ludzi, a klimat niesamowity :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tydzień...super!! Zazdroszczę. Chętnie bym tam wróciła na dłużej :)

      Usuń
  2. Nie wiem czy zaglądasz do mnie na "Moje włoskie impresje", a jeśli tak to pewnie wiesz, że Werona to moje klimaty. Lubię odwiedzać Weronę i zawsze znajdę coś, czego jeszcze nie widziałam. Opisałam wiele miejsc zwiedzanych w Weronie, ale zawsze mnie ciekawi spojrzenie innych na to miasto. Ładnie opisałaś swoją wizytę w tym pięknym włoskim mieście, ciekawe fotografie i uchwycone detale. Pozdrawiam z Veneto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-) Zaglądam, i za każdym razem zazdroszczę, że masz Italię na codzień. Fajnie, że masz okazję zobaczyć te wszystkie miejsca o różnych porach roku, a nie tylko w czasie urlopowych wypadów. Z Veneto do Verona rzut beretem :-) Też bym tak chciała... Pozdrawiam

      Usuń
  3. Wspaniałe miasto. Gościłam w nim tylko przejazdem, ale mam ochotę wrócić i nacieszyć się dłużej jego urokami.

    OdpowiedzUsuń