piątek, 5 lutego 2016

USA Road Trip


Ponad 3000 km samochodem, prawie 24 godziny w samolocie, 8 godzin pociągiem, niezliczone kilometry pieszo, pięć stanów, sześć parków narodowych, trzy miasta, dwa oceany, a wszystko w upale, mrozie, deszczu i słońcu – tak w skrócie wyglądała moja amerykańska przygoda. Męczące? Pewnie, ale zdecydowanie było warto. Wakacje których nigdy nie zapomnę, i które bardzo chciałabym powtórzyć.



A wszystko zaczęło się tak: podczas spotkania z naszym kumplem przy piwie i tradycyjnych opowieściach o podróżach jakoś tak się zgadaliśmy, że każdy z nas marzy o amerykańskim Road Trip, zwiedzeniu Nowego Jorku i zajrzeniu do Grand Kanionu. Pomyśleliśmy więc, czemu nie?! Jak nie teraz, to kiedy?! Po przejrzeniu SkyScannera i Booking.com okazało się, że taka wyprawa wcale nie musi być horrendalnie droga i wszystko jest w zasięgu zwykłego zjadacza chleba. Trzeba się tylko dobrze zorganizować i trochę poszperać w internecie żeby uniknąć turystycznych pułapek.

Następnym krokiem było zdobycie wizy. Internetowe fora straszyły, że dostanie wizy graniczy z cudem i żeby ją dostać trzeba zawieźć do ambasady tonę dokumentów i wyspowiadać się ze swojego życia. Guzik prawda. Sprawa jest bardzo prosta. Uzupełnienie aplikacji, wpłacenie $160, umówienie się na wywiad do ambasady. Wszystko do załatwienia w tydzień. Nie trzeba wynajmować pośrednika, prawnika ani panikować, sprawa jest bardzo prosta. Sam wywiad w ambasadzie trwał niecałą minutę i konsul wcale nie miał ochoty zapoznawać się z historia mojego zycia, ani oglądać tych wszystkich dokumentów. Interesował go tylko paszport i odciski palców, cel i termin wyjazdu, miejsce pracy i zamieszkania i to w zasadzie tyle.

Mając wizę w kieszeni pozostało zamówić loty i zarezerwować noclegi. Jak zwykle wszystko udało się załatwić za pośrednictwem SkyScannera i Booking.com.

Szukając noclegów, jeśli tak jak ja nie jesteście milionerami, polecam motele i hoteliki położone po za parkami narodowymi. Cena będzie o połowę mniejsza, a jednocześnie nocowanie w motelu w środku niczego jest samo w sobie przygoda. Trzeba tylko pamiętać, że może się okazać, że najbliższy sklep oddalony jest o jakieś 15 mil. W prowiant trzeba się więc zaopatrzyć wcześniej.Raz zdarzyło się nawet, że nocleg mieliśmy w innej strefie czasowej niz najbliższy sklep :)

Pierwszym punktem podróży był Nowy Jork. Tu najtaniej, a jednocześnie bezpiecznie i blisko wszystkiego okazało się być w Chinatown.
Więcej o Nowym Jorku tutaj,


Nowy Jork - Manhattan
Zwiedzanie zachodu rozpoczęliśmy od Las Vegas gdzie wszystkie hotele są w bardzo fajnym standardzie i jak wszystko w Nevadzie, kosztują grosze. Tam można wiec trochę pokaprysić.
Więcej o Las Vegas tutaj.
Las Vegas
Do Doliny Śmierci wybraliśmy się mieszkając nadal w Las Vegas. Dolina jest na tyle blisko, że nadaje się na jednodniową wycieczkę.
Więcej o Dolinie Śmierci tutaj.

Death Valley - Dolina Śmierci
Z Las Vegas rozpoczęliśmy Road Trip i pierwszym przystankiem był Park Narodowy Zion z prawdziwie rajskim kanionem. Tam mieszkaliśmy w miasteczku Hurricane (ok. 20 minut drogi od parku).

Zion
Następny w kolejce był Bryce Canyon gdzie nocleg mieliśmy w szczerym polu, a w zasadzie pustyni. Oprócz drogi, stodoły, małego spożywczaka, kowboja z pistoletem za paskiem i szczekającego psa nie było tam absolutnie niczego. Za to motel był bardzo blisko kanionu, dzięki czemu odwiedziliśmy go o wszystkich porach dnia, zaliczając również wschód i zachód słońca.

Bryce Canyon
Z Bryce ruszyliśmy do Kanionu Antylopy w miasteczku Page. Na tym odcinku najbardziej odczuliśmy jak mapy Google potrafią się pomylić. Google powiedziało, że podróż zajmie trochę ponad dwie godziny, a GPS w samochodzie pokazał ponad cztery! Niestety GPS miał racje...

Ponieważ kanion codziennie odwiedzają tłumy,ceny noclegów są takie jak na Manhattanie. Dlatego zdecydowaliśmy się znowu na hotel na środku pustyni. Najśmieszniejsze było to, ze zarówno kanion jak i najbliższy sklep znajdowały się w innej strefie czasowej niż motel. Podróżowaliśmy więc w czasie wielokrotnie tego dnia aż końcu zgłupieliśmy od tego ciągłego przestawiania zegarków.

Antelope Canyon - Kanion Antylopy
Również w Page nie można przegapić robiącego niezłe wrażenie Horseshoe Bend. Czyli przedsionka Grand Canyon'u, gdzie rzeka Colorado zakręca i wraca z powrotem w głąb skał,
Horsheshoe Bend 

Kolejnym punktem wycieczki był Monument Valley. Jednogłośnie okrzyknęliśmy dolinę najwspanialszym, najbardziej niezapomnianym punktem całych wakacji. Zwiedzajac Monument Valley nie ma w zasadzie innego wyjścia niż nocleg w Kayenta, ponieważ dolina znajduje się w samym sercu rezerwatu/pustyni Navajo i poza Kayenta nie ma tam w promieniu dziesiątek mil żadnej cywilizacji. W rezerwatach obowiązują trochę inne prawa niz w reszcie kraju. Okazało się np. ze panuje tam alkoholowa prohibicja. Odpadło więc wyluzowanie się przy zimnym piwie na koniec upalnego dnia. Za posiadanie i konsumpcje alkoholu trafić można do aresztu, a nawet więzienia. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym wypytując kasjerkę w markecie gdzie tu mozna kupić wino, bo nigdzie nie możemy znaleźć. Pomyślała pewnie: Co za wstrętni ignoranci!

Monument Valley
Ostatni na naszej liście kanionów był ten największy. W Grand Canyon najfajniej byłoby zatrzymać się w Grand Canyon Village, 3 kroki od krawędzi kanionu. Niestety noclegi tam sa bardzo drogie dlatego zdecydowaliśmy się na Valle, pół godziny drogi na południe od kanionu. Wokół kanionu opcji noclegowych jest dosyć sporo, niestety większość tańszych moteli oddalona jest o spory kawałek co niestety kończy się zmarnowaniem cennych chwil w samochodzie, zamiast podziwiania wielkiej skalnej dziury.

Grand Canyon

Po Grand Canyonie powróciliśmy do cywilizacji, czyli gwarnego Los Angeles. Przejechanie tej trasy zajęło nam calutki dzień. Początek trasy był najprzyjemniejszy, bo prowadził przez historyczną trasę 66. Na tym odcinku drogi jakby czas się zatrzymał, chociaż obecnie wszystko jest bardziej żywym muzeum niż prawdziwym życiem,

Potem GPS wskazał, że jeszcze przed nami 6 godzin i poinformował, że najbliższy zakręt za 260 kilometrów!!

Route 66
W Los Angeles znaleźliśmy nocleg w Hollywood. Polecam ta miejscówkę tylko tym, którzy lubią nocne życie, kluby, bary, neony i sklepy z pamiątkami. Mi osobiście podobało się tam bardzo średnio i następnym razem znalazłabym pewnie coś w Venice lub w Santa Monica.

Hollywood w LA
Bardzo pozytywnie nas zaskoczył nas standard hotelarstwa, transportu i turystycznych rozwiązań w USA. Przy tak skomplikowanym logistycznie wyjeździe, tylu noclegach i środkach transportu byliśmy niemalże pewni, że gdzieś coś się w końcu nie uda, a jednak wszystko poszło jak po maśle, bez opóźnień i niemiłych niespodzianek.

Jedynym minusem amerykańskich wakacji okazało się być jedzenie. Nie podejrzewałam, że gdzieś na świecie może być z tym gorszej niż w Szkocji, a jednak... W dużych miastach jest ok, ale w tych małych mieścinach na dzikim zachodzie tragedia. No chyba, że ktoś jest w stanie jeść fast foody dzień w dzień przez trzy tygodnie.

Mam nadzieje, ze komuś się te wskazówki przydadzą i zachęcą do podobnej wycieczki. A jeśli chcielibyście wiedzieć coś więcej – piszcie, pomogę na ile tylko potrafię.
Fasola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz